| Zaułki centrum Kerkiry |
![]() |
| Folies Corfu Town Hotel Apartments |
I może tak było , ale .... Ta część Kerkiry leży na wzgórzach. Uliczki wspinają się i opadają. A przy okazji połowa z nich nie ma tabliczek z nazwą , a jeżeli ma to tylko i wyłącznie w alfabecie GRECKIM. Dwie godziny. To nie jest i tak zły wynik .Gdy w drodze powrotnej szukaliśmy hotelu Europe (jeden kilometr od portu ) błądziliśmy prawie trzy godziny , a i tak na koniec wzięliśmy taksówkę. Ale nie o tym chcę pisać.
| Zmęczenie.... |
Generalnie trudno się rozpisywać o czymś co widziało się niespełna 5 godzin , ale coś w tym mieście jest. Ma swój urok. Skłonny jednak jestem uznać,że ujawnia go w pełni dopiero po zmroku. W ciągu dni nie rzuca na kolana. Sprawia wrażenie odrobinę zaniedbanego. Dziurawe chodniki. Graffiti na murach. Ogromne kontenery przepełnione odpadkami.
| W tle wieża kościoła Agios Spirodonas |
| Stary Pałac |
Pewnym przekleństwem Korfu są współcześnie rozpoczęte i nie dokończone budowy. Jedni zwalają to na kryzys, inni na lenistwo, a jeszcze inni na wrodzoną u Greków nieufność do banków. Budowę rozpoczyna ojciec dla syna w systemie "gospodarczym". A syn dokańcza ją po urodzeniu pierwszego .....własnego syna. Także w systemie "gospodarczym".
Tak czy siak uroku to miastu nie przysparza. Na szczęście starówka jest wolna od tego zjawiska. Sercem Starego Miasta zdaje się być Esplanada. Ogromny plac usytuowany pomiędzy Starym Fortem , Starym Pałacem a zabudowaniami Starego Miasta. Tu na spotkamy kolejny przykład spuścizny po Brytyjczykach - Cricket Grounds ( boisko do krykieta). Od strony zachodniej placy zamykają usytuowane w podcieniach (Liston) XIX wiecznych kamieniczek modne kawiarnie . Tu też znajduje się jeden z większych postojów taksówek.
Jak na całym świecie knajpy nie służą li wyłącznie do oglądania meczów koszykówki. Przychodzi się do nich by coś zjeść i czegoś się napić w miłym towarzystwie. Niestety przekleństwem miejscowości turystycznych jest to, iż restoratorzy ( właściciele tawern i barów) zmuszeni są ograniczać jadłospisy do tzw. "pewniaków" . W Grecji - i to tej kontynetalnej , jak i na większości wysp menu zaczyna się ograniczać do moussaki, souvlaki, tzatzyki i sałatki greckiej. Te sztancowe dania wypierają prawdziwe regionalizmy. I rzecz nie dotyczy jedynie Grecji.
Oblazłem pół Rzymu w poszukiwani ogonów wołowych (coda alla vaccinara) - które nota bene ostatecznie znalazłem w małej knajpce na Zatybrzu- czy też ozorach. Te były nieosiągalne.
W menu kerkirskich knajp też trudno szukać kefalkii . Nie znaczy to,że nie można tu dobrze zjeść za rozsądną cenę. Turystom średnio i nisko budżetowym polecam wizytę w psistariach. Knajpkach gdzie na stojąco przy stoliku można zjeść pittę czy meridę .
W typowych restauracjach do rachunku doliczana jest opłata serwisowa - za nakrycie - może ona sięgać 3-5 euro. Powyższa nie wyklucza napiwku.
Wśród typowych dla Korfu napojów należy wymienić dwa. Jednym z nich jest tzizimbira ( zwane ponoć piwem imbirowym) - napój BEZALKOHOLOWY z soku cytrynowego,cukru,wody i odrobiny imbiru oraz napitki ( już alkoholowe) z kumkwatu , na ten przykład likier z tego owocu.
Nie piłem ani jednego , ani drugiego i .... chyba nie żałuję.
Na Korfu wylądowaliśmy kolejny raz w drodze powrotnej z Albanii. I tym razem nie obyło się bez przeszkód. Nawigacja w komórce jak zwykle zwariowała w najmniej odpowiednim momencie. Planowaliśmy ponowny wieczorny wypad na miasto ( od przystani promowej do hoteli miało być niespełna 2 kilometry) ,ale po niemal 3 godzinach błąkania się z bagażami po uliczkach przyportowej dzielnicy i Starego Miasta , złapaniu - w akcie desperacji- taksówki zalegliśmy w hotelowym pokoju. Moja aktywność ograniczyła się do wyjścia do pobliskiego sklepiku po wino i wodę mineralną, kąpieli i włączeniu telewizora. Rano rekonesans po okolicy, śniadanie w pobliskim zacharoplastio i trucht na Plac Theotoki skąd odjeżdżają autobusy na lotnisko. Gdy docieraliśmy na miejsce zerwała się straszliwa ulewa ,która jak się późnej okazało sparaliżowała ruch na tutejszym lotnisku. Pierwszym niepokojącym sygnałem było to,iż nagle na całej hali zabrakło prądu. Potem zaczęły się odwoływania lądowań i informacje o opóźnieniach ."Najzabawniejsze" w tym wszystkim było to,iż nie zmieniono harmonogramów odpraw. Te szły planowo. W pewnym momencie na sali odlotów koczowało już pełne obłożenie 10 lotów. W sklepach bezcłowych szybko zabrakło piwa , tanich win i taniego uzo. Kafejki miały "złote żniwa". Ale to tylko menadżerów tych instytucji cieszyła ta sytuacji. Rosjanie lecący do Rostowa musieli dostać się do Salonik. Im nie było do śmiechu. Nasz lot na szczęści był jedynie opóźniony. O 4 godziny.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz