Wycieczkę do Paryża - taką prawdziwą- obiecałem Jadzi na naszą 25 rocznicę. Wybrała jednak Rzym. I mam nadzieję, że tego nie żałuje. Ten pobyt trwał zaledwie kilka godzin. Mieliśmy tu przesiadkę w drodze do Maroka. Postanowiliśmy więc spędzić je nie na lotnisku a w Paryżu. Paryż budzi we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony trudno mu nie odmówić uroku. Majestatyczności . Z drugiej .... To moloch.Pełen turystów i zabieganych autochtonów.Ulice i chodniki pełne psich odchodów , niedopałków i woreczków foliowych. Nieuprzejmi ludzie udający,iż angielski nie jest im znany nawet w podstawowym stopniu.Nie mówiąc już o topografii miasta. Powyższe można tłumaczyć liczbą emigrantów z Maghrebu i środkowej Afryki. Jest ich tak wielu,że gdyby nie architektura, a nade wszystko widok Wieży Eiffla , można nie zauważyć,iż nie jest to Casablanca. Francuzi,ci rodowici, stanowią w Paryzu mniejszość

Pomysł z kilkugodzinnym wypadem "na miasto" wydawał się genialnie prosty. Krótka podróż autobusem z
lotniska (około 45 minut) za kilka euro (około 9) i już jesteśmy w centrum miasta ( Opera) . Autobusy jeżdżą co 10-15 minut ,podobnie jak pociągi RER (tańsze 8 euro, szybciej jeżdżące koło 30 minut i wygodniejsze niż autobusy). Pozostało nam znaleźć .... przechowalnie bagażu. I tu powstał problem. Nie mogliśmy znaleźć żadnej przechowalni . Wiem,że jest. Jednak za diabła nie mogliśmy trafić na jej ślad. Nie pomogło nawet zastosowanie "języka jako przewodnika". Trafialiśmy na "nieanglojęzyczną" część personelu lotniska(sic!!!). Po godzinie poddaliśmy się i ruszyliśmy na miasto z plecakami. Jak się niedługo okazało był to fatalny pomysł. Nie uprzedzajmy jednak wypadków. Wsiadając do autobus tryskaliśmy jeszcze energią i

optymizmem. Podroż pod gmach Opery była bardzo przyjemna.
Autobus był klimatyzowany. Paryż nie był.
Dotarliśmy na miejsce. Mając 5-6 godzin w godzinach popołudniowych niewiele nam nam zostało opcji.
Zwłaszcza,że widok naszych "garbów" ograniczał nam pole. Połowa "bodyguard'ów" w knajpach nie pozwalało nam wejść do knajpy z plecakami. Do Luwru nawet nie startowaliśmy. Czas.

Zdjęcia są z miejsc "dostępnych".
A i tak można było poczuć tą wydumaną "pomaptyczność" i pyszałkowatość.

Mówcie co chcecie, ale dla mnie Paryż to ....
Beaujolais nouveau turystyki.
Czyli gie owinięte w złoty papierek.
Może to skutek tego, iż wolę salceson niż szynkę, ale...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz